01 czerwca 2005

# 117

Kochany Dziadziusiu,

pamiętasz jak miałam dziewięć, dziesięć lat i przyjeżdżałam w soboty do Twojego "zakładu"? Cała rodzina nazywa to miejsce tak do tej pory, chociaż była to ciasna, zagracona klitka w starym budownictwie, gdzie naprawiałeś różne celowniki, lunety. Pamiętasz? Jak pokazywałeś mi tęczę w pryzmacie? Jak szukaliśmy jakichś fajnych rzeczy, które można obejrzeć pod mikroskopem? Zawsze ktoś przychodził, a ja siedziałam na "swoim" krześle z zadartymi nóżkami, które jeszcze wtedy nie sięgały podłogi, a Ty byłeś taki dumny ze swojej wnuczki, którą wszyscy się zachwycali. Zawsze pytałeś: Kiciuńka, chcesz coś? A ja mówiłam, że nic, dziadziuś, nic nie chcę. A po chwili ciszy, że tylko herbatę i może pączka. Więc szliśmy za ręce do cukierni na rogu i kupowaliśmy torbę pączków i jedliśmy razem, a potem miałam nic nie mówić babci, żeby nie było awantury, bo Ty nie mogłeś jeść słodkiego. Zawsze mówiłeś do mnie Kiciuńka.

I jak już długo siedzieliśmy i był koniec pracy, to pytałeś się, czy idziemy do pani Tereski, a ja niby mówiłam od niechcenia, że tak, że pójdźmy, a w środku szalałam ze szczęścia, bo pani Tereska to była Twoja koleżanka, która miała drzwi obok Ciebie zakład fryzjerski. Ty jej czasem naprawiałeś suszarki, a ona robiła mi super fryzury, których potem zazdrościły mi wszystkie dziewczyny z klasy. I pani Tereska, jak się już mną pozachwycała, a nie lubiłam tego, bo to odwlekało upragnioną chwilę rozpoczęcia strzyżenia, to w końcu owijała mnie pelerynką, ręcznikiem i zabierała się do pracy. I zawsze traktowała mnie jak dorosłą, dawała mi na włosy wszystkie pianki, lakiery i wychodziłam dumna jak paw.

I szliśmy razem do auta i wracaliśmy do domu do Ciebie, a czasem jeszcze jechaliśmy do sklepu po filety. I te Twoje filety zawsze smakowały tak samo i nikt inny tak nie przyrządzał ryby - że mogłam ją jeść palcami bez niczego, łapałam w rękę i am, gryz, gryz, i nie ma, i następna. I całe paluszki tłuste.
Ja byłam Twoja wnusia, a Ty byłeś mój Dziadziuś.

A potem zachorowałeś.
W między czasie urosłam, zbuntowałam się, potem mi przeszło, a potem przestałam odwiedzać Cię w "zakładzie", bo miałam swoje sprawy, teraz myślę, że nieważne, a wtedy myślałam inaczej. I kiedyś jeszcze - zawsze w każdą niedzielę, odwiedzałeś naszą całą trójkę z wielką torbą owoców i cukierków. Chyba, że my przyjeżdżaliśmy do Ciebie i babci - wtedy po obiedzie zawsze były siurpryzy. Czyli jajka kinder-niespodzianki. Ale odkąd zachorowałeś, nie było już niedzielnych obiadów, nie było Twoich wizyt. Ja miałam żal za to, jaki jesteś dla babci, kłóciliście się, a ja czasami Cię nienawidziłam. Boże jak mi wstyd; bo kiedy było tak źle, kiedy zaczęło dziać się coraz gorzej, mnie nie było przy Tobie. Brzydziłam się choroby, bałam się na Ciebie patrzeć, nie chciałam przyjeżdżać, bo po każdej wizycie czułam się jeszcze gorzej.
Nie byłam ani razu w szpitalu. Przepraszam. I wiedziałam, że w końcu to się stanie, ale bałam się zobaczyć Ciebie tak bardzo innego już od tego Dziadziusia, z którym szłam za rękę po pączki.
I wtedy umarłeś. A ja w środku mam jeden wielki kłębek żalu. Przepraszam Cię. Tak bardzo Cię kochałam. Byłeś moim Jedynym, Najlepszym Dziadkiem. Od teraz będę pamiętać już tylko te dobre chwile. Kocham Cię.

Brak komentarzy: